Matki odchodzą po cichu – Bezmatek Miry Marcinów

 

Bezmatek to prozatorski debiut Miry Marcinów, za którą to książkę autorka otrzymała Paszport „Polityki” w 2020 roku w dziedzinie literatury oraz była nominowana do Nagrody Literackiej „Nike” i Nagrody Conrada w 2021 roku. Tym, co uderza podczas lektury, jest fakt, iż specjalistyczna wiedza Marcinów w zakresie filozofii i psychologii nie zdominowała narracji o stracie matki, lecz tworzy solidny background dla snutych refleksji. Można więc wyczuć zdystansowanie do narzędzi analitycznych, jakie daje nauka. Nie ma tu więc nadmiernego filozofowania czy psychologizowania, które niechybnie zmieniłyby opowieść w wywód naukowy, zamiast tego – intymny pejzaż, złożony z czułości, bliskości i kobiecości.

 

Matki, jak czarni bohaterowie, wymagają czułości[*].

 

Wyznaje narratorka i nie da się temu zaprzeczyć. Bezmatek jest prozatorskim trenem napisanym po śmierci matki z ogromną dozą czułości. Bohaterka z fragmentów, co wynika z mechanizmów pamięci i rządzącej nią wybiórczości, składa intymny portret swojej matki. Nie tylko ożywia ją, w pewien sposób unieśmiertelnia, ale też wskazuje na złożoność figury matki (matki-artystki, matki-feministki, matki-imprezowiczki, matki-kucharki), przy jej jednoczesnej i paradoksalnej jej jedności. Jest to zdecydowanie opowieść o kobiecości i związanych z nią rytuałach – doborze koloru rajstop czy lakieru do paznokci, zmywaniu makijażu oraz zakładaniu szpilek mimo haluksów – a także o bliskim jej macierzyństwie – o byciu samotną matką robiącą wszystko, aby jej życie przypominało kolorowy makaron z jajkiem niż niedopałek papierosa. To także opowieść o śmierci najważniejszej kobiety w życiu drugiej kobiety, umieraniu na mało kobiecego raka płuc. Tym, co zdaje mi się jednak najważniejsze w owej książce, jest relacja łącząca córkę oraz matkę.

 

Gdy umiera ci matka, to jest takie uczucie, jakby wyrwano ci wnętrzności – te z klatki piersiowej – gołymi rękami, a trochę jednak gorzej[*].

 

Relacja córki z matką jest jak nałóg, co można uznać za paradoks w kontekście tego, co narratorka słyszy od swojej matki – „najważniejsze to nie być od nikogo zależną”[**]. Mimo to nie da się być niezależną od własnej matki, pokazuje Marcinów i jej bohaterka. Córka jest zależna od swojej matki wtedy, kiedy ta podejmuje pierwszą ważną dla dziecka decyzję: urodzić czy dokonać aborcji? Zależna pozostaje również w okresie dzieciństwa, kiedy matka jawi jej się jako chodząca encyklopedia i wzór kobiecości. Córka jest zależna od swojej matki wtedy, kiedy podejmuje decyzję o wyjeździe, stara się usamodzielnić, a mimo to wyjazd stanowi jedynie formę odwyku, jest odwykiem od matki, nie zaś zerwaniem zależności. Córka nie jest wolna od wpływu swojej matki także wtedy, gdy ta zaczyna umierać i chociaż to właśnie matka zdaje się wymagać opieki, również i córka potrzebuje opiekowania się matką. Ostatecznie córka pozostaje zależna nawet wtedy, gdy matki już nie ma, bowiem nie potrafi pogodzić się z jej stratą. Śmierć matki to także kres tożsamości bohaterki jako córki.

 

Póki żyła moja matka, byłam córką. Ale kiedy umarła, ja tę tożsamość straciłam: nie będę już nigdy niczyją córką.[...] kawał mnie odpadł. Jej śmierć zabiła we mnie córkę. Albo ja ją w sobie zabiłam[*].

 

Matki odchodzą więc po cichu – niczym pszczoły wyrzucane na śnieg. Nie da się nie zauważyć podobieństwa między Bezmatkiem Miry Marcinów a Matka odchodzi Tadeusza Różewicza. Oba utwory dotyczą relacji matka-dziecko i dziecko-matka, w przypadku Marcinów jest to relacja matki i córki, u Różewicza – matki z synem.

Zarówno narracja Marcinów, jak i Różewicza jest niejednorodna, również echa Różewiczowskiej poetyki fragmentu możemy odnaleźć u Marcinów. Na Bezmatek składają się nie tylko wspomnienia spisane przez autorkę, ale również liczne piosenki, wyliczanki dziecięce, przysłowia, nagłówki tabloidów, fragmenty stron internetowych, hasła reklamowe czy wypowiedziane w myślach dialogi z matką – autorka operuje językiem, dostosowuje go na potrzebę ekspresji uczuć, dokonuje swoistej operacjonalizacji języka na potrzeby sytuacji straty matki, stara się zamknąć w nim złość, samotność, wspomnienia i istotę jej relacji z matką. Marcinów, mimo tych zabiegów językowych, pokazuje również, iż język nie nadąża za śmiercią, za nieobecnością. Na Matka odchodzi składają się zapiski matki poety, czy braci, tworzą ją nie tylko rodzinne dokumenty czy fotografie, ale także wiersza Różewicza poświęcone matce, fragmenty jego dziennika oraz pamiętnika matki. Również los matki bohaterki Marcinów (i nie tylko bohaterki, lecz samej autorki, gdyż utwór ten ma charakter autobiograficzny) podobny jest do historii matki Różewicza. Matka poety i matka Marcinów umierają na raka, zaś Marcinów i Różewicz opiekują się nimi w trakcie choroby.

Już u Różewicza pojawia się motyw zamiany ról, który rozwija i Marcinów – dziecko opiekujące się swoim rodzicem, stające się rodzicem swojego rodzica. Ową wymianę w Bezmatku zapowiadają już dziwne zachowania matki, która bawi się z córką w chowanego, byle tylko nie musieć otwierać drzwi komornikowi, wreszcie pada jednak i diagnoza lekarska – „W gruncie rzeczy mama jest twoim dzieckiem”[**].

Nie jest łatwo mówić o matce i nie popadać w zachwyt nad jej osobą, nie gloryfikować jej. Tak samo trudno jest nie hiperbolizować jej wad. Wydaje się, że Marcinów się to udało. Podeszła do historii swojej relacji z matką nie tylko z szacunkiem i z czułością, ale z pewnego rodzaju „czułym obiektywizmem”. Dziwne zachowania matki równoważą momenty, w których córka dostępuje inicjacji w kobiecość dzięki niej, a fragmenty o braku zrozumienia równoważą te, które mówią o niemal obłąkańczej i erotycznej miłości do własnej matki – o zafascynowaniu nią i jej charyzmatycznością. Trudna matka kształci, zauważa Marcinów, ale też – dodajmy – trudną matkę ciężko się traci.

 

Nasza miłość była piękna i niezdrowa[*].

 

U Miry Marcinów nie chodzi o proste utrwalenie obrazu matki czy pożegnanie się z nią. To nie tylko tren, utwór funeralny i terapeutyczny, ale też próba znalezienia istoty macierzyństwa, odpowiedzenia na pytanie o to, kim jest matka. Tyle bowiem zostało już powiedziane o figurze ojca, lecz zdaje się, że wciąż nie rozumiemy, kim tak naprawdę są nasze matki. Marcinów przyznaje w pewnym momencie, że matka to w istocie fantazmat, bowiem funkcjonuje ona tylko w kontekście dziecka, to ono ją stwarza.

 

Byłam twoją córką, więc cię wymyśliłam jako matkę. Byłaś moim wymysłem[*].

 

Po śmierci jednak matka-fantazmat nie znika, nie rozpływa się w powietrzu, nie uchodzi z pamięci narratorki czy naszej. Po śmierci matka jest jakby „bardziej”, „wchodzi” w kobietę, w swoją córkę. Wydaje się, że bliskie temu spojrzeniu są rozważania Lucy Irigaray poświęcone macierzyństwu i „córczaństwu”. Francuska feministka zwraca jednak uwagę na inny problem relacji matka-córka. Córka może być widziana również jako sen matki.

 

I jedna nie ruszy bez drugiej. Ale tylko razem się poruszamy. Gdy jedna przychodzi na świat, druga zapada się pod ziemię. Kiedy jedna niesie życie, druga umiera. Ale oczekiwałabym od ciebie [matko – uzup. KW] tego, abyś, pozwalając mi się narodzić, także żyła dalej[**].

 

W kontekście rozważań Irigaray warto jeszcze zwrócić uwagę na inny aspekt Bezmatka. Jest to w istocie powieść pełna kobiet – nie tylko pojawia się w niej matka i córka, ale również babcia, siostra czy córka bohaterki. Ciekawym zabiegiem jest również kontaminacja procesu umierania i narodzin córki bohaterki. Tym samym następuje tu nałożenie się dwóch schematów czasu – linearnego (czas życia jednego człowieka od narodzin aż po śmierć) i kołowego (córka, której matka umiera, sama staje się matką dla swojej córki).

Ponadto Bezmatek jest książką szalenie intymną – opowieścią o poszukiwaniu własnego sposobu na przejście żałoby, wyznaniem, iż umieranie nie jest idealne, nie ma miejsca na gloryfikację (nie)walki z chorobą. Symbolami tego są pieluchy przeznaczone zarówno dla umierającej matki, jak i dla córki bohaterki czy wózek inwalidzki stojący obok wózka dziecięcego.

Bezmatek to próba wpisania śmierci matki w doświadczenie córki, a także wyrażenie potrzeby skonstruowania swojej tożsamości na nowo, choćby poprzez stworzenie tożsamości narracyjnej. Jeśli bowiem bohaterka Marcinów nie opowie siebie, nie uda jej się zapełnić miejsca po utracie własnej córko-tożsamości.

 

Tak strasznie zachciało mi się wtedy z tobą umrzeć, mamo[*].

 

Wrócę jeszcze na koniec do metafory matki jako substancji silnie uzależniającej i żałoby-odwyku. Pozwala to na przedstawienie straty w optyce medycznej, ale także nadaje jej namacalność. Jest to nie tylko bardzo trafna metafora, ale również próba zracjonalizowania straty – skoro można uwolnić się od nałogu, można uwolnić się też od widma straty oraz dojmującej pustki.

Autorka proponuje również życiową i „aktywną” definicję kobiety-feministki, a więc tej, która mimo przeciwności losu stara się utrzymać na powierzchni rzeczywistości i ocalić swą niezależność. Feminizm u Marcinów to feminizm codzienności, nie zaś abstrakcyjny dyskurs i wielkie hasła emancypacyjne.

Bezmatek Miry Marcinów to próba odpowiedzi na zasadnicze pytania. Czy jestem w stanie zrozumieć swoją matkę jako człowieka? Czy jestem w stanie dostrzec w jej osobie coś oprócz matki? Czy da się oddzielić bycie matką od bycia człowiekiem? Znalezienie odpowiedzi na pytania nie jest łatwe, ale warto próbować – do tego zdaje się zachęcać „posiadaczki matek” Mira Marcinów.

 


Bibliografia:

[**] L. Irigaray, I jedna nie ruszy bez drugiej, przeł. A. Araszkiewicz, „Teksty Drugie” 2000, nr 6 (65), s. 107–113.

[*] M. Marcinów, Bezmatek, Wołowiec 2020.

T. Różewicz, Matka odchodzi, Wrocław 1999.

L. Wiśniewska, Wokół „Matka odchodzi” Różewicza, „Teksty Drugie” 2004, nr 3, s. 107–113.


autor: Kinga Wyskiel

Komentarze

TEKST MIESIĄCA