Międzywojenny zawrót głowy w wersji retro
Spektakl Król w reżyserii Moniki Strzępki i adaptacji Pawła Demirskiego oparty na powieści Szczepana Twardocha można by podsumować jako międzywojenny zawrót głowy w wersji retro. Mimo że proza nie stanowi łatwej podstawy dla przedstawienia teatralnego i wymaga od twórców często wielu skrótów fabularnych, wydaje się, że w tym przypadku wyszło to nie gorzej, niż gdyby przekładano tekst dramatyczny. Cały eksperyment narracyjny i czasowy Twardocha dla materii teatru zdaje się nie stanowić najmniejszej przeszkody.
Cała idea Strzępki i Demirskiego oparta na
estetyce retro zdaje się idealnie pasować do historii międzywojennego
półświatka Jakuba Szapiro (Adam Cywka) i „Kuma” Kaplicy (Krzysztof Dracz). Słusznie
można się w tym doszukiwać inspiracji reżyserki atmosferą serialu Peaky
Blinders, z którego to pochodzi między innymi otwierająca spektakl piosenka
Red right hand. Estetyka retro w połączeniu z ciemną,
mroczną aurą specyficzną dla gangsterskich historii również zdaje się
upodobniać spektakl do serialu. Jednak w tym wszystkim Król zachowuje
wierne podobieństwo do swego tekstowego oryginału: międzywojenna Warszawa z jej
blaskami i cieniami – gangsterzy, boks, przemoc, broń, seks, samochody,
narkotyki, nacjonaliści, socjaliści, Żydzi. Uderza również to, w jak dużym
stopniu sztuka zachowała specyficzny dla pisarza, momentami twardy, język –
przy czym „twardoizmów” w tekście sztuki jest stosunkowo niewiele, co w
porównaniu z powieściami autora ułatwia jej odbiór. Brutalny język, specyficzny
dla tekstów stylizowanych na język półświatka, nie został uładzony przez
reżyserkę – widzowie mają więc pewność: to jest język warszawskiej
międzywojennej mafii.
Za ciekawe zabiegi interpretacji powieści
można uznać decyzję o wcieleniu się Barbary Kurzaj w książkowego Litaniego –
metafizycznego deux ex machina sterującego poczynaniami warszawiaków i
znającego ich najskrytsze lęki. W momencie gdy aktorka pojawia się na scenie z wielką
gumową ośmiornicą, będącą jednym z najistotniejszych rekwizytów podczas spektaklu,
widz znający powieść Twardocha nie będzie miał żadnych złudzeń – to książkowy
kaszalot.
Na podobnych zasadach, jako
rekwizyty-artefakty literackiej Warszawy, obok ośmiornicy pojawiają się też
międzywojenne samochody, które raz służą za zwykłe środki transportu, innym
razem pełnią zupełnie inną funkcję, jak chociażby burdelu. Nie zabrakło również
broni i strzelanin, tak samo charakterystycznych dla świata powieści. W
przypadku książkowej postaci Pantaleona (Mirosław Zbrojewicz), dziwadła z głową
złego brata z tyłu czaszki, wykorzystano technikę tatuażu i sztuczne blizny, a
samą twarz umieszczono na piersi aktora, Zdaje się dobrym rozwiązaniem, jeśli
uznać serce człowieka za miejsce, w którym mieszczą się jego lęki i demony.
Pojawia się również maszyna do pisania, na której Jakub Szapiro spisuje swoje
wspomnienia.
Innym z reżyserskich tików, który okazał
się trafionym, jest przeniesienie niektórych treści z materii narracji
powieściowej na formę piosenek. Stąd też w momencie, gdy na scenę ma wkroczyć
warszawska burdel-mama Ryfka Kij (Katarzyna Strączek), z playbacku zaczyna grać
nagrana wcześniej przez aktorkę piosenka o kurwie Ryfce, mająca zastąpić
rozbudowaną historię postaci z powieści. Podobna próba ekspozycji została
wykorzystana przy okazji przeżyć Kaplicy w Berezie. Zdaje się, że tam, gdzie
niemożliwe było wprowadzenie dodatkowych scen, będących dookreśleniem
przedstawianych postaci bez jednoczesnego wydłużania spektaklu (który i tak
trwa trzy godziny), specjalnie napisane na potrzeby spektaklu piosenki stanowią
substytut rozbudowanej powieściowej narracji. Pozwoliło to reżyserce na
osiągnięcie większej dynamiczności spektaklu oraz zbudowanie wrażenia
niewielkiego uniwersum, jakim jest Warszawa, w której niby wszyscy znają
piosenki o zranionej Ryfce i dzielnym socjaliście „Kumie” Kaplicy.
To wszystko: język, rekwizyty, muzyka,
kostiumy, ruchy – sprawia, że spektakl tworzy spójną atmosferę: dynamicznej
retro-gangsterki.
Spektakl stanowi jednocześnie konglomerat
różnych koncepcji gry aktorskiej, co niezmiernie mocno wpływa na sposób odbioru
przedstawionego świata jako bliskiego realności. Pojawiają się w nim próby
aktorstwa psychologicznego, zwłaszcza w przypadku postaci kobiecych. W
powieściach Twardocha spychane są one często na drugi plan i podobnie
przedstawia się sytuacja w spektaklu. Przy czym ich psychologiczne kreacje
teatralne sprawiają, iż są one bardziej tragiczne, niż daje się to odczuć w
materii epiki. Oto bowiem dramat Emilii Szapiro – żony boksera, lecz przede
wszystkim matki – która przez większość przedstawienia pozostaje gdzieś z boku,
ale zamyka je w sposób, który wywołuje w odbiorcach emocjonalne zawieszenie. Gdy
Emilia pojawia się w jednej z końcowych scen, cała brudna, trzymająca
pluszowego misia i płacząca nad losem swoim i dzieci, wysławia się niczym
wariatka – nieskładnie. Brudna, z misiem, śpiewa kołysankę i budzi u odbiorców
znających pierwowzór powieściowy spektaklu skojarzenia z Królestwem, kontynuacją
Króla. Sprawia to jednocześnie, iż przedstawienie zdaje się wykraczać
poza samą treść Króla, przy czym aluzje do tego, co wydarzyło się w
drugiej części książki, są jedynie marginalne i zauważalne tylko dla
wyczulonych widzów. Podobnie psychologicznie została przedstawiona historia
Ryfki Kij, byłej kochanki Szapiro, którą porzucił on ze względu na jej
bezpłodność, czy jak to jest nazywane w spektaklu zgodnie z językiem
międzywojnia: „jałowość”. Dalej, iście diaboliczna tragedia Pantaleona.
Psychologiczne przedstawienie tej postaci sprawiło, iż książkowe przerażenie, które
dominowało w przypadku tej postaci, zostaje zastąpione przez wrażenie poniżenia
i autentyczne współczucie. Można by powiedzieć, że postaci słabe zostały przedstawione
w sposób psychologizowany, co miało pozwolić na tym wyraźniejsze podkreślenie
ich tragizmu. Przeciwwagą dla tych psychologizowanych postaci są te kreacje
aktorskie, w ramach których dominują groteska i żart. Bodaj najbardziej
wyrazistą tego typu grę aktorską zastosowano względem postaci Radziwiłłka
(Marcin Bosak). Rosyjski akcent i kalki z tego języka obok całej gestykulacji
nadały postaci niewypowiedzianego uroku. Nie zabrakło w tym próby reżyserki w
stworzeniu kogoś w rodzaju międzywojennego Papkina z bronią. Podobnie
groteskowo został przedstawiony dziennikarz-gej (Paweł Tomaszewski). W tym
przypadku ruchy ciała oraz specyficzna podwyższona artykulacja pozwoliły na
humorystyczne przedstawienie postaci, której hiperbolizowana kreacja nie była
przy tym grą niesmaczną. Wydaje się, iż osadzenie w roli osoby homoseksualnej
aktora niekryjącego się ze swą odmienną orientacją stanowiło świadomą decyzję. Pozwoliło
to na osiągnięcie wrażenia autentyczności w zachowaniach postaci. Podobnie
sytuacja ma się w przypadku roli Mojsze Bernsztajna (Alan Al-Murtatha). Wybór
aktora będącego pół-Jemeńczykiem, mającego śniadą karnację, okazało się dobrym
wyborem w przypadku roli „małego Żydka” z warszawskich Nalewek. W konsekwencji
doboru aktorów twórcom spektaklu udało się osiągnąć złudzenie, iż postaci
zostały skrojone specjalnie dla nich. Może jedynie w przypadku kreacji Jakuba
Szapiro, można było odnieść niewielki „zgrzyt” ze względu na fizyczne warunki
Adama Cywki a literacką kreację żydowskiego boksera.
Ciekawym sposobem potęgującym wrażenie
autentyczności, czy może raczej próbą zbudowania wrażenia złudnego
podobieństwa, było przedstawienie postaci Jakuba oraz Ryfki w różnym ich wieku
przez różnych aktorów. Książkowe ‘who is who’ zostało doskonale zrealizowane w
przypadku teatru i znalazło swój finał w scenie ostatecznej demaskacji.
Przenikanie się płaszczyzn czasowych i ich ostateczne skumulowanie w jednej
scenie pozwoliło w efekcie na pogłębienie wrażenia dynamizmu w spektaklu.
Gra aktorska każdego z aktorów cechuje się
niebywałym kunsztem, lecz zwłaszcza czterej z nich: Andrzej Seweryn, Mirosław
Zbrojewicz, Krzysztof Dracz oraz Marcin Bosak zdają się ciągnąć spektakl ku
doskonałości. W przypadku kreacji kobiecych na wyróżnienie, obok gry Katarzyny
Strączek, zasługuje Maria Dębska grająca Annę Ziembińską z ogromną dozą
charyzmy. Wszystkie postaci cechuje przy tym wielka barwność, a ich plejada
jest imponująca: socjaliści, narodowcy, faszyści, skorumpowani politycy,
gangsterzy czy prostytutki.
Przeniesienie powieści do teatru wymagało
koniecznych skrótów czasowych, stąd by skumulować pewne wydarzenia, posłużono
się równolegle dwoma perspektywami czasowymi. Podobnie jak w powieści widz
jednocześnie poznaje więc przeszłość Jakuba Szapiro i widzi go spisującego
swoje wspomnienia. Spektakl pozostaje przy tym skomponowany w myśl jednego
rytmu: po sekwencji kilku szybkich zdarzeń z Warszawy pojawia się niewielki
przerywnik w postaci refleksji starego Jakuba nad materią swojej powieści i
swoją przeszłością. Stąd bardzo dynamiczny spektakl ma też swoje momenty
chwilowego zatrzymania. Scenami, które najmocniej budują wrażenie dynamizmu, są
sceny strzelanin, których w spektaklu nie brakuje. Wrażenie upływu czasu
potęguje wykorzystanie sceny obrotowej, która pozwala na szybkie
przemieszczenie się z bokserskiego ringu do domu Jakuba Szapiro czy na
warszawską ulicę. Imponująca scenografia Anny Marii Karczmarskiej mocno wpływa
na wrażenie iluzyjności. Można by powiedzieć, że na scenie mieści się cała
Warszawa. Intrygującym zabiegiem jest tu chociażby wykorzystanie wcześniejszego
ringu bokserskiego jako obozu koncentracyjnego w Berezie czy też samochodu raz
jako burdelu, innym razem jako właśnie samochodu, a nawet jako samolotu. Scena
rozrasta się jednak nie tylko w górę i wszerz, lecz również do dołu, kiedy w
jednej ze scen Radziwiłłek wynurza się z kanalizacji.
Ważnym elementem jest również scenografia
multimedialna. Posłużyła ona wszakże w dwóch celach: z racji na mnogość miejsc
akcji w spektaklu wykorzystano ją, by nazwać aktualne miejsce akcji dzięki
hologramowej typografii pojawiającej się na początku sceny u góry budynków, a
także do odtworzenia nagrań wydarzeń rozgrywających się wewnątrz samochodów. Istotne,
że nagrania te dotyczą głównie postaci, które cierpią i w pewnym sensie się
spowiadają. Można mieć tu wrażenie, iż są to pewnego rodzaju materiały
pośmiertne czy dokumenty ofiar brutalnej Warszawy.
Jeśli zaś idzie o aktorów i ich relacje z przestrzenią gry, trudno nie zauważyć, iż przy tak spektakularnej scenografii aktorzy wydają się niewielcy, troszkę na wzór marionetek sterowanych przez niewidzialną siłę. Są błyszczący, głośni i dynamiczni, lecz w swej wielkości słabi względem Litaniego. W budowaniu tego wrażenia dopomaga też momentami schizoidalna muzyka, jak chociażby w scenie kończącej spektakl. Ma więc ona obok przekazywania pewnych faktów narracyjnych również funkcję budowania napięcia. W spektaklu szybka muzyka dodatkowo dynamizuje akcję, nadając jej nie raz ponadnaturalnie prędki rytm, innym razem spowolnia ją i obciąża, pogłębiając ładunek psychiczny. Muzyka w sposób wyraźny współgra tu z dźwiękami wystrzałów, które padają na scenie równie często, co leje się na niej krew. Sprawia to wrażenie, jakby widz nie miał do czynienia ze sztuką teatralną, lecz czymś, co można by określić mianem filmu granego na żywo. Efekt ten potęguje wykorzystanie także techniki slow motion przy użyciu świateł stroboskopowych i przemyślanej choreografii.
Przez to wszystko widz zdaje się być wsysanym coraz bardziej, czego niejako próbą jest scena, w której młody Ziembiński (Krzysztof Kwiatkowski) wykrzykuje w kierunku publiczności, zachęcając ich do wspólnego śpiewania. Gdy „Kum” Kaplica powie ze sceny, że widzi już zbliżającą się policję i wytknie palcami publiczność, znów powstaje wrażenie, iż publiczność stanowi statyczny, lecz ważny komponent przedstawienia. Podobnie gdy to z bocznych wejść na początku spektaklu na ring wejdą Jakub Szapiro i młody Ziembiński. Odnieść można więc wrażenie, że choć w spektaklu brak działań bezpośrednio angażujących publiczność, to jest ona w pewien sposób zauważana przez aktorów i wpisywana w narrację.
Spektakl Król na podstawie powieści
Szczepana Twardocha był jednym z bardziej dochodowych przedstawień w Teatrze
Polskim w Warszawie przez prawie dwa lata (nim wybuchła pandemia). Eksperyment
reżyserski, który mógłby wydawać się skazany na porażkę, odniósł sukces i
stanowi to dowód na to, że przy odpowiedniej realizacji można przenieść na
deski teatru niejedną współczesną powieść.
autor: Kinga Wyskiel
Komentarze
Prześlij komentarz